Konkurs: Książka z dzieciństwa
Ogłaszamy nowy konkurs!
Pamiętacie co czytaliście w szkole podstawowej? A może pamiętacie co czytali Wam rodzicie, ciocie, wujkowie, czy dziadkowie, gdy jeszcze niezdarnie składaliście pierwsze literki? Jakie książki pobudzały Waszą wyobraźnię jako nastolatków?
Napiszcie nam o tym w komentarzach. Autor najciekawszego opisu zostanie nagrodzony książką – niespodzianką. Możecie również wziąć udział w konkursie pisząc recenzję ulubionej pozycji z dzieciństwa. Najciekawsza recenzja również zostanie nagrodzona, zaś wszystkie recenzje zostaną wyróżnione na stronie głównej serwisu w miejscu poświęconym konkursowi.
Nagrody ufundowało Wydawnictwo Dobra Literatura
Zapraszamy do wspominek, konkurs zaczyna się z chwilą ogłoszenia i trwa do 11 marca. Zapraszamy!
Podobne wpisy:




















„Spotkanie nad morzem” było pierwszą książką, którą kilka razy przeczytałam. Powód do dumy był szczególny- miałam pewne problemy z nauką i z powolnym czytaniem, ale sama zaparłam się i trafiłam na tą książkę, która podniosła mnie na duchu. Okazało się, że nie muszę być jakoś super idealna, bo i tak najważniejsze będzie, jaka będę w środku. Wspaniała książka, myślę, że świetnie może pogłębić relację rodzica z dzieckiem, jej wspólne czytanie.
Bez wątpienia książką, która wywarła na mnie największe wrażenie, był „Hobbit” J.R.R. Tolkiena. Baśniowy świat mógł przyprawić o zawrót głowy swym bogactwem postaci i krajobrazów, jednak ogromna wyobraźnia dziecka bez problemu ‘ogarniała’ magię zaklętą w przygodach . Nie mogę powiedzieć, żebym wtedy utożsamiała się z ‘bandą’ krasnoludów, ale trochę nieporadny życiowo Bilbo wzbudzał we mnie bardzo ciepłe uczucia. Sama nie raz udawałam (siedząc na drzewie albo zakopując się w sianie w stodole), że walczę z okrutnym smokiem Smaugiem, albo z braćmi zadawaliśmy sobie podobne zagadki jak te wymyślane przez Golluma i Bagginsa.
Wraz z tą książką zaczęła się moja wielka miłość do Śródziemia :) Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że do dziś (choć minęło tyle lat) znajomi mówią do mnie Hobbit ;)
Książki… Ach! Już jako mała dziewczynka uwielbiałam ich zapach, kolory i te małe literki-mróweczki, które tworzyły niesamowite historie. Pamiętam, jak bałam się zasypiać, bałam się potworów, strachów, które wejdą przez okno i koniecznie całą noc musiała palić się mała lampeczka. Pomagały mi też wiersze Jana Brzechwy, które czytał mi mój tato. Mogłam ich słuchać do samego rana! :-)
Będąc starszą dziewczynką zaczytywałam się w „Dzieciach z Bullerbyn” i „Pipi Pończoszance”.
Jeśli chodzi o Pipi, to przygody szalonej, przesympatycznej dziewczynki zawsze mnie rozśmieszały i ogrzewały jeszcze małe serducho :-) Nie da się jej nie kochać. Chciałam bardzo ją poznać i zostać jej przyjaciółką. Pragnęłam, aby pokazała mi, jak pokonywać wszelkie przeszkody, nie myśleć o złych rzeczach i niczego się nie bać. Nauczyła mnie tego, że fantazja w życiu jest potrzebna, tak samo, jak zabawa – to pomaga przetrwać w czasem trudnej rzeczywistości, nadaje sens i smak życiu.
„Dzieci z Bullerbyn” pokochałam za magię, spełnianie marzeń, super zabawy, tajemnice… Czytałam i przenosiłam się do ich świata, przeżywałam niesamowite historie i wczuwałam w emocje bohaterów. Podobnie bawiliśmy się całe wakacje z kolegami i koleżankami ze szkoły, a śmiechów i kreatywności nie było końca! Na nudę nie mieliśmy czasu :-)
W nastoletnim życiu istotną rolę odegrała „Ania z Zielonego Wzgórza”. Ania jest roztrzepaną, zwariowaną, nadwrażliwą, dostrzegającą każde, nawet najmniejsze istnienia, kochającą otaczającą przyrodę, gadatliwą, zagubioną marzycielką – to cała ja, dlatego była i jest mi bliska.
Te książki kocham do dziś, wywołują u mnie ciepłe uczucia, są i będą zawsze dla mnie bardzo ważne.
Pozdrawiam!
„Martynka” seria KSIĄŻEK DLA DZIECI-NIE KONIECZNIE DLA DZIEWCZYNEK, AKTUALNIE CZYTAM JE CÓRCE…SĄ TO OPOWIADANIA O DZIEWCZYNCE, RÓŻNE PERYPETIE, PRZEZYCIA..NAPISANA ŁADNYM JĘZYKIEM, BARDZO LADNIE ILUSTROWANA-POCEMA DLA KAŻDEGO
Miłością do książek zaraziła mnie moja ukochana babcia.Nie było prądu,telewizora,a wieczory długie.Wtedy zamiast dobranocki babcia czytała nam książki.Trylogię,Mity greckie-potem Anię z Zielonego Wzgórza czy Tajemniczy ogród.Sama nie wiem jak to się stało,że zaczęłam czytać samodzielnie w wieku lat pięciu.To właśnie babcia zachęciła mnie bym w końcu sama złapała za książkę is próbowała samodzielnie poznawać jej treść.Czytałam tak dużo,że w pewnym momencie mama mi nawet próbowała ograniczać czas poświęcony na czytanie.Wtedy oczywiście latarka i pod kołderką prawie do rana.Tak oto mijały lata,a książka stała się moim najwierniejszym przyjacielem,a zapach nowego egzemplarza działa na mnie jak narkotyk.Najcudowniejszą książką,którą pamiętam z dzieciństwa i ,do której zawsze chętnie wracam jest Mała księżniczka Frances Hodgson Burnett. Przygody małej Sary bohaterki książki do tej pory wywołuje wielkie wzruszenie w moim sercu.To książka,która stoi do tej pory na honorowym miejscu na mojej pólc.
Czytałam już jak miałam 4 lata.Starsi bracia chodzili już do szkoły,nie chciałam być gorsza od nich więc przy nich uczyłam się czytać.Jest rok 1959 ,mama czytała nam wieczorami,słuchaliśmy jej cudownego głosu,było cudnie,a w nocy przy latareczce pod kołdra,każdy z nas coś jeszcze doczytywał.Pamiętam moją pierwszą samodzielnie przeczytaną książeczkę,baśń
o pięciu braciach LI.Chińska ,dla mnie wtedy cudna historia.Do dzisiaj jej szukam i jakoś mam pecha,nie udaje mi się jej znalezć,chciałabym.żeby przeczytał ją mój ośmioletni wnuczek i co by o niej mi powiedział?
Książka z dzieciństwa? Hah może nie było to takie wczesne dzieciństwo,bo pierwsza klasa gimnazjum,wiadomo jak to jest po podstawówce dzieci zniechęcone do książek nudnymi lekturami,jednak mimo wszystko przełamałam się i postanowiłam przeczytać książkę,a właściwie pamiętnik „My,dzieci z dworca zoo”. Poleciła mi go koleżanka, historia Christiane mną wstrząsnęła, przyznam szczerze,że była lekka chęć sięgnięcia po „miękkie” narkotyki,ale tylko w czasie czytania początkowych rozdziałów,suma sumarum jest to doskonała przestroga dla nastolatków,pokazuje co narkotyki mogą zrobić z ludźmi. Jak skończyłam czytać od razu uruchomiłam komputer i szukałam jak najwięcej informacji o dalszym życiu bohaterki, do dziś smutno mi,że nie udało jej się wygrać z nałogiem,ale wiem też,że dzięki niej wiele dzieci/młodziezy nie odważy się nawet.. spróbować :)
Pierwszą książka, które utknęła mi głęboko w pamięci i rozbudziła miłość do czytania jest książka Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Książkę przyniosłam do domu, usiadłam w gościnnym pokoju i czytałam, czytałam, czytałam, a gdy skończyłam czytałam od nowa, przez długi czas wracałam do niej. Bardzo identyfikowałam się z bohaterami powieści, cieszyłam się, że ja również mam swojego dziadka Andersa – choć mój w rzeczywistości, nazywał się Edziu, to jednak tak jak ten książkowy, rozbudzał moją wyobraźnie przeróżnymi opowieściami z przeszłości. Tak jak Lisa miałam marzenia o swoim własnym pokoju, którego nie musiałabym z nikim dzielić. Chociaż nie mieszkałam na farmie, to jednak miałam przyjaciół wśród sąsiadów z którymi mieliśmy swoje wspólne przygody, zajęcia i tajemnice.
Książka ta zmieniła mój dziecięcy punkt widzenia na czytanie, pokazała, jak wielką przygodę można przeżywać oddając się lekturze i śledząc losy bohaterów.
Jeszcze trochę mój syn, będzie w wieku w którym ja sama odkryłam magię czytania, na pewno podsunę mu książkę „Dzieci z Bullerbyn” z nadzieją, że i on odkryje w niej tą radość, jaką odkryłam ja.
Wielokrotnie słyszałam, że jak miałam 4-5 latek, a rodzice zawsze coś czytali, tata przeważnie gazetę, a mama książkę, to ja móiłąm, że też tak chcę, ale nie umiem, więc zaznaczyłąm żeby mnie nauczyli. Co wieczór na dobranoc przynosiłam swoją ulubioną książeczkę z bajkami i mama mi czytała. Nawet jesli mam juz po raz enty czytała ta sama bajkę i „omijała” tekst, to ja sie denerwowałam, bo „Brzydkie kaczatko” bardzo dobrze znalam.
W moim domu miłoscia do ksiazek zarazila mnie mama i bardzo jej za to dziekuje. Kiedy już byłąm starsza to z dzieciństwem i wczesną młodością kojarzą mi się Jan Brzechwa, Przygody Tomka Sawyer’a oraz seria książek Ani z Zielonego Wzgorza. To od nich tak na prawdę zaczęłą się moja przygoda z literaturą.
Są to książki, które do dzisiaj stoją u mnie na półeczce i nie oddam ich nikomu.
Wiele książek przebiegło przez moje ręce,było to książki wesołe,zabawne a także smutne,lecz żadna z nich nie utkwiłą w mej pamięci tak jak książka „Mały Książę”która do dzisiejszego dnia gości na mojej półce z książkami i chętnie sięgam po nią by poczytać córce.Owa książka jest odzwierciedleniem miłości i przyjaźni,pamiętam że gdy czytając ją przedc laty inaczej rozumiałam sens zawartych tam słów,wiele z nich mnie bawiło ponieważ widziałam to w innym świetle,gdy teraz powracam do tej książki widzę prawdziwy sens tego co autor chciał przedstawić.Bohaterowie książki tak naprawdę żyją w dzisiejszym świecie,można ich spotkać niemal wszędzie.Np.ludzie nieszczęśliwi,czyż nie brakuje takich w dzisiejszych czasach,ludzi zaglądających do butelki tylko po to by choź na chwilę zaznać radości?Ta książka dlatego mnie zafascynowała ponieważ niesie przesłanie o sensie życia o tym że są ludzie którzy chcą podać pomosną rękę,że są ludzie gotowi poświęcić swoje szczęście dla innych.Książka pokazuje to co w życiu liczy się najbardziej,nie dobra materialne lecz miłość.Mały książę spotykał na planetach ludzi nieszczęśliwych,którzy mimo iż posiadali dobra materialne nie wiedzieli co tak naprawdę liczy się w życiu najbardziej.
Nawet już nie wiem ile książek przeczytałam w swoim życiu.Pamiętam,że w latach szkolnych czytałam zawsze wszystko tylko nie to co nauczyciele chcieli abym czytała.Lektury zawsze wydawały mi się nudne.Nie pamiętam w już której klasie kazano nam przeczytać książkę „Mały książe”. Sięgnęłam po nią bo zawierała mało stron i miała ciekawą ilustrację okładki.Kiedy zaczęłam ją czytać to mnie tak wciągnęła,że nie mogłam przestać.Do dziś do niej wracam,czytam ją dzieciom.
„Pinokio”-
To moja książka z dzieciństwa ulubiona!
Bardzo mądra historia,
Dla tej książki moja gloria!
Muszę ją tu wspomnieć,
Wśród towarzystwa ksiąg równie godnych,
Gdyż to opowieść pouczająca,
Kłamać oduczająca!
Mały i sympatyczny ludek,
Drewniany krasnoludek-
Wywarł na mnie duży wpływ,
Wywołał pozytywny zryw!
Jego przygody zręcznie opisane,
Carlo Colodi- jest tej książki panem!
A ja do tej pory-
Pinokia fanem!
I dlatego chętnie do książki wracam,
Mimo, że na co dzień- monotonia, praca!
I moim dzieciom treści te czytam-
Wówczas uśmiech na ich twarzach witam!
„Pinokio”-
Przesympatyczny drewniany przyjaciel!
Byłam nieśmiałą zakompleksioną nastolatką. A chciałam być taka, jak Lilka Sagowska, bohaterka „Słoneczników”: pewna siebie uwodzicielka. Do dziś mam w pamięci cytaty i zabawne sytuacje z jej życia szkolnego. A było ono niesamowicie barwne: zaraz po wojnie do szkoły chodzili dorośli ludzie tzw. „partyzanci”, którzy przez wojnę nie zrobili matury. Wśród „zwykłych” uczniów budzili podziw, a dla nauczycieli stanowili ogromne wyzwanie pedagogiczne.
Lilka Sagowska była błyskotliwą inteligentną, niesamowicie atrakcyjną, chorobliwie dumną dziewczyną. Lojalna, potrafiąca walczyć o miłość, ale też wodzić chłopców za nos. Kiedyś założyła się i przegrała zakład. Musiała przyjść do szkoły w piżamie. Dla wywołania lepszego efektu, odczekała chwilę i weszła do klasy po dzwonku. W konsekwencji Mama musiała się pofatygować do szkoły.
Zawsze żałowałam, że autorka nie popełniła drugiej części. Powieść kończy się w momencie, kiedy Lilka robi maturę i wyjeżdża na studia do Warszawy. Co się z nią stało? Czy była szczęśliwa? Czy spotkała miłość?
Pamiętam, to było bardzo dawno temu. Jeszcze jako naprawdę mała dziewczynka miałam książeczkę ilustrowaną z wierszem „Okluary” Juliana Tuwima. Książeczka była dla mnie, jako młodej odkrywczyni, o tyle ciekawa, że ilustracje były przestrzenne, z każdą stroną ruszały się, przy otwieraniu stron Pan Hilary coraz głębiej wchodził do szafy, coraz mocniej wymachiwał rękoma albo gorliwiej wyrywał włosy z głowy. Pamiętam, że było to dla mnie niezwykle interesujące, cały mechanizm działania tej małej książeczki. A sam wiersz bawił mnie niezmiernie. Czułam się zdecydowanie bardziej bystra i o wiele mądrzejsza od Pana Hilarego. Dokładnie obserwując ilustracje, świetnie widziałam od pierwszych stron, że jego okulary są na jego własnym nosie. Śmiałam się z Pana Hilarego, jednocześnie mając dla niego niezwykle wiele sympatii. Mogę powiedzieć, że bohater „Okularów” było moją pierwszą, niezdarną miłością. ;)